Jeśli nie masz planów na popołudnie, idź do kina na nowego „Jokera”

Z kinem jest u mnie trochę jak z filmikami na YouTube, o których pisałam ostatnio w poście: Nie lubię YouTuba, ale tych 5 twórców darzę ogromną sympatią (i subem!) – żeby skorzystać z tego rodzaju rozrywki, potrzebuję bardzo dużo wewnętrznej (czekam na ten film od dawna) lub zewnętrznej (Emel namawia na kolejnych Avengersów) motywacji. Ale ogólnie rzecz biorąc kino nie należy do moich ulubionych rozrywek. Czasami jest dla mnie za głośno (w sensie głośności dźwięku), ludzie jedzą popcorn, siorbią z kubków i co jakiś czas dostaję w oczy wiązką światła z telefonu kogoś bardzo zniecierpliwionego i muszącego niezwłocznie odpowiedzieć na wiadomość na messengerze.

Ale że już od kilku osób słyszałam, ze nowy „Joker” jest dobry i wiem, że Emel bardzo chciał go obejrzeć, no to stwierdziłam, że OK, OK. Pojadę, zobaczę. I nie żałuję ani jednej złotówki, której nie zapłaciłam! Bo bilety kupił Emel, jak coś.

And the Oscar goes to…!

Joaquin Phoenix! 😀 Nie no, dobra, nie będę się podniecać, bo wybory oskarowej komisji czasem bardzo zaskakują… ale omajgasz! To jest majstersztyk, mistrzostwo świata, teatr jednego aktora (a właściwie teatr jednego mistrza), cudo na kiju i wszystko inne, co można podać jako podpowiedź hasła „arcydzieło” do krzyżówki. Nie chcę się rozpisywać na temat szczegółów, bo nie jestem filmowym specjalistą, ale naprawdę chylę czoła za zdolność hipnotyzowania człowieka na dwie godziny. A okoliczności były bardzo niesprzyjające i nie jeden film by poległ w tej walce. Śpieszę z wytłumaczeniem!

Otóż okoliczności niesprzyjające były następujące (joł!): na seans dotarłam spóźniona, świeżo po porannym bieganiu, po którym nie zdążyłam nic zjeść, tylko trochę się napić. A wiadomo jak jest, kiedy się nic nie je, tylko pije – tadaaaa! – człowiekowi chce się siku. No ale na siku nie było czasu, bo seans i tak już się zaczął. Na salę wbiłam więc głodna, spragniona i z pełnym pęcherzem (yay!) i – co gorsza – mieliśmy miejsca przy ścianie, więc musieliśmy przeciskać się przez jakieś 8 osób (przepraszam!). I, jak się domyślacie, naprawdę ostatnią rzeczą, którą bym chciała zrobić, było przeciskanie się znów, żeby wyjść do toalety.

Na szczęście z odsieczą przybył Joaquin Phoenix, dzięki któremu na dwie godziny zapomniałam o wszystkich swoich dolegliwościach. Tak było, nie zmyślam! Zatem niech to posłuży Wam jako najlepsza zachęta. Pomyślcie, jak dobry musiał być to film, skoro przeżyłam dwie godziny w stanie odwodnienia, głodu i doświadczając początkowych faz halucynacji. Nie no dobra, bez tych halucynacji. Ale to bez znaczenia.

Hildur Guðnadóttir

Skopiowałam to z filmweba, przyznaję 😀 A ta nazwa, która mogłaby być np. jakimś jeziorem w Kazachstanie, jest imieniem i nazwiskiem bardzo uzdolnionej pani, odpowiedzialnej za muzykę w „Jokerze”. A muzyka z tego filmu znowu każe mi powciskać w tekst krzyżówkowe podpowiedzi do „arcydzieła”. Ciarki gwarantowane! Nieustające uczucie niepokoju gwarantowane. Wczucie się na maksa w emocje towarzyszące bohaterom – normalnie, załatwione! Pani Hildur tak to właśnie znakomicie wymyśliła. Nie słuchałam jeszcze soundtracku osobno, ale w zestawieniu z obrazem gwarantuję zachwyt i zadowolenie 😀 Serio, polecam, Tomasz Raczek.

Story of Arthur’s life

No dobra, mamy już Joaquina Phoenixa, mamy znakomitą muzykę i mówię Wam – tyle mi wystarczy, żeby dać „Jokerowi” 9 (Rewelacyjny) na filmwebie (10 ma tylko „Król Lew”, sorry). Ale historia nieszczęśliwego człowieka, który w końcu staje się psychopatycznym mordercą to też ważny aspekt filmu. Jak nie najważniejszy! Nie no, totalnie nie najważniejszy, ale bardzo mi takie wtrącenie pasuje do recenzyjnego charakteru tego posta. Czujecie to, nie? 😀

I właśnie tutaj, przy okazji historii, pojawiają się małe kontrowersje. Sęk w tym, że one do mnie trochę nie przemawiają. Ludzie podniecają się, że powstało już wiele filmów o podobnej tematyce, np. „Podziemny krąg”, a akurat „Joker” w opisywaniu tych problemów jest dość płytki. I ja powiem Wam tak: może i na tle innych dzieł filmowych rzeczywiście nie jest wybitnie głęboki, ale co z tego? Podstawą tego filmu jest historia z komiksu i to całkiem fascynująca. A że reżyser nie zdecydował się na szukanie dodatkowych wrażeń dla widza, no trudno. Albo i nie trudno. Jakby dodał coś od siebie, to też by się znaleźli krytykanci, więc… Ja ten film doceniam, nie czepiam się na siłę i na podstawie moich osobistych odczuć wysnuwam wniosek jeden: ten film jest wart zobaczenia i już.

A więc ciśnijcie do kina i sami zobaczcie! No chyba, że już byliście (a to możliwe, bo Joker wisi w kinie już od miesiąca), to czekam na wrażenia.

5!

Córka Trenera

A dzień dobry, witam i o zdrowie pytam! Jak dobrze, to najważniejsze. A wszystkie mniej ważne rzeczy znajdziesz na tym blogu. Chałupy welcome to!

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Córka TreneraYoumustusethisformat: Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Youmustusethisformat:
Gość
Youmustusethisformat:

Słyszałam, że to „BARDZO CIĘŻKI FILM”. Jak bardzo ciężko go oceniasz???